Chodzenie do kina to, dla większości widzów, wyprawa po emocje. Filmy gwarantujące je, często zabierają nas w dalekie podróże, przez odległe zakątki Ziemi, aż po drogę mleczną. Pozwalają nam również poznać fascynujących bohaterów, a coraz to częściej superbohaterów. Co by nie mówić, to właśnie oni przyciągają do kin najwięcej osób. Jednak często, o czym już wielokrotnie pisałem w „Naszym Rymanowie”, pojawia się zmęczenie tym tematem. Filmy o nich stają się oczywiste, nijakie scenariuszowo, jak i technicznie oraz po prostu nudne. Jednak niedawno pojawił się taki film superbohaterski, który szczerze mnie wzruszył i zachwycił. Oczywiście mam na myśli „Strażników Galaktyki Volume 3”.

Nowa produkcja Marvela nie jest tanim skokiem na nasze portfele. Oczywiście to dalej kino rozrywkowe, ale za tym komercyjnym molochem stoi kreatywny artysta, którym jest oczywiście James Gunn – reżyser takich filmów jak „Movie 43” czy „Robale”. Jednak zdecydowanie najbardziej znany z produkcji o superbohaterach jak „Peacemaker”, „Legion samobójców: The Suicide Squad” czy właśnie trylogia „Strażnicy galaktyki”. To, co wyróżnia Gunna, spośród wielu innych hollywoodzkich reżyserów i scenarzystów, to autentyczność w dialogach, a także umiejętne oraz nieoczywiste opowiadanie o relacjach międzyludzkich. Wszystkie wymienione produkcje raz lepiej, raz gorzej opowiadają o jednostkach, nieumiejących odnaleźć się w społeczeństwie. Szukając akceptacji, niejednokrotnie dostały one po głowie. Wygenerowało to brak zaufania do innych oraz liczne kompleksy. Problemy te bardzo często są źródłem komedii. Kreatywność Gunna polega na umiejętności wprowadzenia oryginalnego poczucia humoru, które rozluźnia atmosferę filmu, jak i tematyzuje problemy naszych bohaterów. Owe żarty rzadko są pustymi kaloriami. W większości mają swoją funkcję w budowaniu dróg naszych bohaterów.

Fabuła najnowszych „Strażników Galaktyki” skupia się na postaci Rocketa – członka zespołu, który wyglądem przypomina szopa pracza, jest bardzo inteligentny, porusza się na dwóch łapach i bez trudu posługuje się zaawansowaną kosmiczną technologią. Postać ta od początku cyklu, była zagadką dla widzów. Niejednokrotnie generował on problemy, które stanowiły zagrożenie życia dla całego zespołu. Trudny charakter Rocketa oraz jego tajemnicza geneza sugerowały, że jego przeszłość nie była różowa. W „Strażnicy galaktyki Volume 3” poznajemy początki tej postaci, co jest pretekstem do krytyki naszej rzeczywistości, która często wykorzystuje zwierzęta do własnych nieetycznych celów. Jak można przeczytać w oświadczeniu organizacji PETA (People for the Ethical Treatment of Animals), pomimo że fabuła filmu jest fantazją, to część praktyk, jakie stosuje się w tym filmie na zwierzętach, nie odbiega od rzeczywistości. PETA uznało „Strażników Galaktyk Volume 3” za najlepszy film roku poruszający tematykę praw zwierząt – temat ten niejednokrotnie podejmuje, w ostatnim czasie, kino komercyjne, jak i artystyczne. Dobrym przykładem jest „IO” Jerzego Skolimowskiego. James Gunnna pewno porusza tę tematykę w płytszy i mniej rozbudowany sposób, niż polski kandydat do Oscara. Jednak zdecydowanie należy mu się szacunek za oryginalny głos w MCU oraz nie wprowadzanie tego wątku na siłę, a uczynienie go integralną częścią historii Rocketa.

Poza tym, jak zawsze Gunn rozbudowuje tematy rodzinne. Strażnicy już od pierwszej części funkcjonowali jak dysfunkcyjna rodzina. Wkońcu jest to grupa kosmicznych najemników i zbirów, którzy w swoim towarzystwie odnajdują bliskość i wzajemną miłość. Ich relacje są już wyrobione na etapie trzeciej części, więc zespół jest zgrany i każdy zna w nim swoje miejsce. Nie wstydzą się wzajemnej troski o siebie, co pozwoliło im na pogłębienie relacji. W tym filmie ich wzajemna miłość niejako ewoluuje. „Strażnicy Galaktyki Volume 3” pokazują, że często wchodzimy na etap, kiedy musimy opuścić rodzinne gniazdo i udać się w nieznane, aby znaleźć coś nowego dla nas samych. To, co wydaje się najpiękniejsze w tym filmie, to szacunek do poszukiwania własnego „ja” oraz wsparcie, jakie dostajemy w tej drodze od bliskich.

Styl Jamesa Gunna wyróżnia także oryginalna lista piosenek do filmów. Dobrania tak złożonej i klimatycznej playlisty, nie powstydziłby się sam Quentin Tarantino. W zasadzie każda część „Strażników” ma tak oryginalnie skonstruowaną warstwę muzyczną, że z miłą chęcią wraca się do niej po seansie filmów. To, co jest kluczowe w wyborze piosenek, to wybieranie pozycji mniej znanych, niezakorzenionych w społecznej świadomości, które raz komentują scenę, a innym razem, z kosmiczną scenografią, tworzą niepowtarzalny klimat. Pierwsza część serii, jeżeli chodzi o wybory muzyczne, to lata 70, druga 80, a trzecia 90. Rozpoczęcie seansu „Strażników Galaktyki Volume 3” utworem „Creep” zespołu Radiohead jest niezwykle klimatyczne, a późniejsza warstwa muzyczna, gdzie pojawiają się m. in. Beasty Boys jest świetną podróżą do lat minionych.

Zakątki kosmosu, jakie tutaj poznajemy, wyglądają świetnie. Pojawiają się: nawiązanie do kina Davida Cronenberga tzw. „body horroru”, odległa cywilizacja, funkcjonująca jak ludzka, ale składająca się ze zwierząt na wyższym szczeblu ewolucji, czy planeta, która jest żywą tkanką. Eksplorowanie tych światów, jest szalonym doświadczaniem, które uatrakcyjnia całość i przykuwa naszą uwagę. Jeśli mowa o cielesności i mięsie, trzeba powiedzieć, że trzecia część „Strażników” jest wyjątkowo brutalnym filmem, jak na MCU. Kiedy ktoś faktycznie „obrywa”, obawiamy się o jego zdrowie i sami odczuwamy wymierzone ciosy. Sprawia to, że czujemy stawkę filmu, dzięki czemu łatwiej na końcu o wzruszenie.

Mój osobisty „wzrusz” ma fanowski charakter, obserwowanie tej ekipy od 2014 roku z pewnością sprawiły, że czuje związek z tymi postaciami. Aczkolwiek, wydaje mi się, że nawet widz z zewnątrz może w tej historii odnaleźć się i uronić łezkę. Nie jest to film, który torpeduje nas ilością nawiązań do poprzednich części. Nie stara się również o to, byśmy na siłę płakali. Subtelność jest w nim dojmująca i ewidentnie najbardziej nas wzrusza. Zamknięcie serii „Strażnicy Galaktyki” to duże wydarzenie dla fanów MCU, jak i dla samego Jamesa Gunna, bo to właśnie dzięki tej serii zyskał międzynarodową sławę. Obecnie przechodzi do innego studia, odpowiedzialnego za ekranizacje komiksów – DC. Jego pożegnanie z Marvelem, zostało zwieńczone krwią, pistoletami i łzami, ale bez wątpienia z taką ekipa jak Strażnicy Galaktyki można się wybrać „na koniec świata i jeszcze dalej”.

Jakub BOBKO