Kim był Stanisław Dulz?

Dulz StanislawA wiecie państwo, że Bolek i Lolek oraz Baltazar Gąbka pochodzili ze Lwowa? No może, nie całkiem oni, ale Stanisław Dulz, człowiek których ich wymyślił już tak. Dokładnie 16 marca 1927 r. we Lwowie na świat przyszedł jeden z mistrzów polskiej animacji. Dlaczego tak mało o nim wiemy? Bo w historii polskiej kultury istnieje osobliwa kategoria twórców, których dzieła zna niemal każdy, lecz nazwisko, jest anonimowe. Stanisław Dulz należy właśnie do tej dyskretnej, a zarazem niezwykle ważnej formacji artystów. Urodzony w 99 lat temu we Lwowie, należał do pokolenia, którego biografia została przecięta przez historię niczym taśma filmowa brutalnym cięciem montażowym. A jednak to właśnie z tej rany, z utraconego miasta, z pamięci Kresów, wyrastała jego wyobraźnia.

Lwów był dla Dulza czymś więcej niż miejscem urodzenia. Był pierwszym teatrem wyobraźni. Miastem opowieści, w którym na jednej ulicy mieszały się języki, dowcip, melancholia i kresowa fantazja. Kto dorastał w przedwojennym Lwowie, ten wchłaniał atmosferę gawędy, groteski i ironii niemal z powietrzem. Ten duch, lekko absurdalny, trochę ciepły, trochę figlarny, powracał później w animowanych światach, jego bajek takich jak: „Przygody Błękitnego Rycerzyka”, “Porwanie Baltazara Gąbki”, “Lis Leon” i “Podróże kapitana Klipera”.

Los kresowiaka w powojennej Polsce był losem wykorzenionego. Wielu lwowiaków przez dziesięciolecia nosiło w sobie coś na kształt wewnętrznej emigracji, swój prywatny Lwów, którego nie dało się odzyskać. Dulz nie pisał nostalgicznych wspomnień ani politycznych manifestów. Zrobił coś znacznie subtelniejszego, przemycił kresową wrażliwość do świata animacji. Polska animacja przez długie lata była zjawiskiem osobnym, nieco na uboczu wielkich sporów literackich czy filmowych. A jednak to właśnie tam rodziły się obrazy, które oglądały kolejne pokolenia dzieci. W tej dziedzinie Dulz oraz wielu innych związanych z kresami animatorów takich jak Władysław Nehrebecki czy Julian Antosz, należeli do twórców cierpliwych, takich, którzy wiedzą, że magia animacji polega na drobiazgu, na ruchu kreski, na rytmie sceny, na dowcipie ukrytym w tle.

Jego bajki, choć przeznaczone dla najmłodszych, nosiły w sobie coś z kresowej filozofii życia. Bohaterowie bywali sprytni, czasem trochę łobuzerscy, ale rzadko złośliwi. Humor był łagodny, podszyty sympatią dla ludzkich słabości. To nie był świat brutalnej rywalizacji, lecz raczej świat figla, paradoksu i niegroźnej pomyłki. W gruncie rzeczy bardzo lwowski.

Warto pamiętać, że polska animacja drugiej połowy XX wieku była jednym z najbardziej rozpoznawalnych eksportów kultury. W czasach, gdy kino fabularne podlegało ideologicznym ograniczeniom, twórcy bajek potrafili przemycać subtelny humor i inteligentną obserwację rzeczywistości. W tym sensie Dulz należał do cichej elity ludzi, którzy budowali miękką potęgę polskiej kultury, bez fanfar, bez czerwonych dywanów, ale z ogromnym wpływem na zbiorową wyobraźnię.

Jest w tym pewna ironia historii. Lwów, którego Polska już nie posiadała, nadal oddziaływał na jej kulturę poprzez ludzi takich jak Dulz. Miasto pozostało w pamięci, w języku, w dowcipie, w sposobie opowiadania historii. W animowanych kadrach można było odnaleźć coś z tamtej lwowskiej atmosfery, pogodę ducha, inteligentny żart i ciepłą ironię wobec świata.
Dziś, gdy coraz częściej wracamy myślą do dziedzictwa Kresów, warto przypominać także tych twórców, którzy nie budowali pomników z patosu, lecz z wyobraźni. Stanisław Dulz był jednym z nich. A jego prawdziwym pomnikiem nie jest pomnik z brązu, lecz dziecięcy śmiech, który przez lata towarzyszył polskim animowanym bajkom. W tym śmiechu wciąż słychać echo Lwowa.

Krzysztof Buczek